Jesteśmy Ewelina i Artur. Zanim powstała Szuflandia, prowadziliśmy dwa osobne życia pod jednym dachem — i choć bardzo się kochaliśmy, prawie się nie widywaliśmy.
Ciągle się mijaliśmy
Ewelina na pełny etat pracowała w hotelarstwie. Artur prowadził własną firmę blacharsko-lakierniczą. Dni zjadała praca, a my mijaliśmy się w progu — jedno wychodziło, drugie wracało. Dwoje naszych starszych dzieci dorosło, zanim zdążyliśmy się obejrzeć. Marzyliśmy o jednym: żeby wreszcie robić coś razem. Być obok, a nie obok siebie.
Moment, w którym coś pękło
Przełom przyszedł, kiedy zdrowie Artura zaczęło się o coś upominać — astma dawała znać, że tak dłużej się nie da. Podjęliśmy wtedy decyzję, która zmieniła wszystko: nie chcemy już takiego życia. Chcemy być niezależni i chcemy być obecni — przy sobie i przy dzieciach. Reszta była tylko kwestią odwagi.
Ewelina zobaczyła to od razu
Miejsca szukaliśmy latami. W końcu znalazła je Ewelina — i od pierwszej chwili wiedziała, że to jest to. Ustronny zakątek schowany w lesie nad potokiem, tuż przy stoku narciarskim. Działka była porośnięta samosiejkami i nie wyglądała atrakcyjnie; ktoś inny pewnie przeszedłby obok. Ale ona zobaczyła to, czego jeszcze nie było.
Wszystko było „niemożliwe”
Prawie wszystko okazało się trudne. Teren — stromy i kamienisty. Budowa — jeszcze trudniejsza, bo wykonawcy rozkładali ręce, twierdząc, że wielu rzeczy po prostu nie da się zbudować. Więc mnóstwo z nich zrobiliśmy sami. A kiedy na sam koniec zabrakło pieniędzy na wyposażenie apartamentów, sprzedaliśmy samochód i za te pieniądze kupiliśmy wszystko, czego było trzeba. Potem zostało nam już tylko jedno: czekać na pierwszych gości.
Skąd „Szuflandia”
Nazwa wzięła się z sypialni, które wyglądają jak wysunięte z bryły szuflady. Do dziś, kiedy ktoś pyta, czym właściwie jest Szuflandia, odpowiadamy najprościej, jak się da: to nasza brzozowa sklejka. Cały ten dom pachnie drewnem i pomysłem.
Po co to wszystko
Zależy nam na jednym: żeby każdy wyjeżdżał od nas wypoczęty. Dlatego w apartamentach nie znajdziecie telewizorów — są za to gry planszowe. Stawiamy na relacje i na to, żeby ludzie odnajdywali się na nowo. Rozmawiamy z gośćmi, dzielimy się kawałkiem swojego życia. A oni wracają — na rocznice, na urodziny, bez okazji. Są tacy, którzy przyjeżdżają do nas regularnie od dziesięciu lat. To dla nas największa nagroda.
My, prywatnie
Mamy czwórkę dzieci — i dla dwójki młodszych mamy dziś czas, o który kiedyś było tak trudno. Kochamy narty, spacery i długie rozmowy. Najbardziej fascynują nas relacje między ludźmi, zwłaszcza te małżeńskie — do tego stopnia, że zaczęliśmy osobny projekt,zwiazekwpraktyce.pl, który pomaga parom budować trwałe związki. W Szuflandii Ewelina zajmuje się sprzedażą i marketingiem, Artur — wszystkim, co techniczne. Mówimy o sobie tak: u Eweliny nie ma rzeczy niemożliwych, u Artura czasem są. Może właśnie dlatego tak dobrze się uzupełniamy. A zwykły dzień? Zaczyna się od kawy — zawsze razem — i drogi do Wisły. Potem sprzątanie apartamentów, ogarnianie terenu, drobne naprawy, koszenie trawy. Kiedy akurat nie ma gości, planujemy, co zrobić, żeby byli.
Już wkrótce
Coś, co dopiero przed nami
W przyszłości chcemy zapraszać do Szuflandii pary na warsztaty — o tym, jak budować bliskość i trwać w niej na dobre i na złe. To dla nas naturalne przedłużenie tego, co już robimy: tworzenia miejsca, w którym ludzie odnajdują się na nowo. A gdybyście to Wy mieli spędzić u nas taki weekend we dwoje — brzmi jak coś dla Was?
Zostawcie e-mail, a damy znać, kiedy ruszamy z warsztatami — bez spamu, tylko konkret.
Jeśli dotrzecie do nas którejś jesieni albo zimy — będziemy na Was czekać. Naprawdę.
Ewelina i Artur
